Ile człowieka w człowieku?

Pamiętacie być może Państwo film Poszukiwany Poszukiwana, kiedy Wojciech Pokora (tytułowa Marysia) mieszkał w charakterze służącej w domu pewnego „naukowca”, który sprawdzał zawartość cukru w cukrze? No dobrze, powie ktoś, ale to była komedia, a tu w odniesieniu do człowieka zadawać takiego pytania się nie godzi! Nie godzi, bo przecież status bycia człowieczą istotą wynika z samego faktu istnienia, i albo ktoś jest człowiekiem albo nie i koniec. Ja wtedy odpowiem, że się zgadzam, ale biorąc pod uwagę siłę ducha ludzie różnią się od siebie…

Kiedy mówimy o kimś „wielki człowiek”, albo „wielkiego serca” odróżniamy go od człowieka „małego”, „małostkowego” i „małodusznego” lub nawet „bez serca”. Wszyscy oni są ludźmi, pytanie jednak jakimi, a więc ile jest w nich owej esencji człowieczeństwa? Nawet zbrodniarz jest człowiekiem, ale nie można powiedzieć, że nie rożni się z kimś takim, bo ja wiem, np. z Janem Pawłem II, czy choćby z innej półki, Kamilem Stochem. Ten problem rozwikływali już filozofowie jak Nietsche lub Kirkegaard. F. Nietsche powiadał, że pełno jest ludzi przeciętnych, szarej masy, która żyje w „doktrynie dwóch światów”. W jednym, są zwykłymi ludźmi, posłusznymi pracownikami, a w drugim, w sferze marzeń realizują swoje prawdziwe pasje. Tylko jednak garstka z tych everymen’ów zaczyna realizować swoje marzenia w rzeczywistości, wchodząc do wąskiej elity „nadludzi”). Kirkegaard powiadał zaś: „człowiek, który nauczy się żyć z niepokojem nauczy się rzeczy najważniejszej”, co w psychologii człowieka odnosi się do zdolności do kontenerowania w sobie wielu uczuć, w tym znoszenia frustracji, odraczania nagród. Co jest z kolei poczytywane jako wskaźnik siły ego (czytaj ducha). Nie przypadkowo wymieniłem też przykład Jana Pawła II, ponieważ siła ducha objawia się też w niedoli i chorobie, poprzez umiejętność znoszenia cierpienia fizycznego i psychicznego.

Często mówimy, że dany człowiek posiada „klasę” nie kiedy ktoś się wdzięczy w zwykłej sytuacji, tylko jak pokonuje przeciwności, jak reaguje w sytuacjach krańcowych. Wracając do pytania, Ile człowieka w człowieku, mam na myśli owe wystawienie na te sytuacje graniczne, ogniskując swoją atencję się wokół chorób psychicznych. Oczywiście Jan Paweł II umiał znosić cierpienie, bo jego duch był dojrzały, zahartowany przez lata posługi, ale też przez otoczenie w jakim wzrastał. Trudno bowiem oczekiwać, ze jeśli kogoś spotykało tylko zło i cierpienie od najmłodszego, będzie dobrym i dojrzałym człowiekiem. To tak, jakby podeptać i oblać kwasem młodą roślinkę, uważając, że to ją wzmocni. Nie rozwijając tematu, chciałbym tylko zasygnalizować, że do pełnego ukształtowania i zahartowania psychiki potrzebne są dobre doświadczenia, szczególnie w momencie wzrostu, bez tego braknie takiej jednostce siły do przenoszenia obciążeń psychicznych na dalszym etapie. Choroba psychiczna, czy poważne schorzenie somatyczne może sprowadzić człowieka do parteru, upodlić, odrzeć z godności. Może jednak być szansą na odnalezienie tej godności i człowieczeństwa.

Bo co to znaczy, że jestem człowiekiem? Oznacza, że nawet w cierpieniu zachowuję swoją podmiotowość i sprawczość. Ktoś powie, że nie wiem co to znaczy naprawdę cierpieć niedolę. Ja jednak odnoszę się do tutaj do badań naukowych nad osobami, które wbrew przewidywaniom medycznym i przeciwnościom losu wychodzili z choroby i innych nieszczęść. Aaron Antonowsky zadał sobie pytanie, odmienne od typowych psychiatrów i psychologów. Zastanawiał się jak to jest, że w obliczu, choroby, traumy, obiektywnych przeciwności osoby zdrowieją i się rozwijają a nie chorują? Przeprowadził tysiące wywiadów a następnie wykonał badania nad tymi osobami i okazało się, że o tym decyduje coś takiego jak poczucie koherencji (spójności), na które składają się poczucie sensu, zaradności i zrozumienia otaczającego mnie bezpośrednio świata. Bez tych czynników ludzie stają się apatyczni i przestają mieć pozytywne oczekiwanie wobec siebie i przyszłości, więc chorują. Jakie ma to praktyczne implikacje dla psychoterapii i zagadnienia człowieczeństwa?

Otóż, skoro owe enigmatyczne poczucie koherencji decyduje o zdrowiu człowieka, to warto się znów zastanowić, czy owe pojęcie nie jest aby związane z siłą ducha a wiec wolną wolą człowieka. Bo tylko człowiek obdarzony tym przymiotem czuje, że może oddziaływać na świat (zaradność), czuje, że życie ma sens (kiedy człowiek nie odczuwa zaradności, zaczyna popadać w stan wyuczonej bezradności), a więc robienie czegoś bez poczucia sensowności nie daje satysfakcji. A wreszcie, trudno odczuwać sens i robić coś, czego się nie rozumie (poczucie zrozumiałości).

Jeśli ktoś choruje np. na schizofrenię, jego poczucie sensu i zrozumiałości w gruncie rzeczy jest niewielkie, jeśli nie żadne. W depresji z kolei często mówi się o zagubieniu sensu swego życia i w następstwie o wycofaniu z aktywności życiowych. Niezależnie od tego czy ktoś zachorował, bo jego poczucie siły woli, czy poczucia koherencji było niskie, czy też w wyniku zachorowania obniżyły się poziomy siły ducha, rozpoczynając pracę nad tym wymiarem, naszym celem jest zwiększenie podmiotowości i człowieczeństwa osoby cierpiącej. Nie zakładamy więc ZAWSZE wyzdrowienia.
Dlaczego?

Bo trudno oczekiwać, że ktoś wyleczy się całkowicie z cukrzycy typu I -ego, ale poprzez rozwijanie siły ducha, swojej sprawczości może sprawić, że nawet poważny stan cukrzycowy zostanie opanowany do takiego stopnia, że nie będzie ograniczać życia chorego. Będzie ograniczać jedynie w ten sposób, że będzie musiał częściej się badać i regularnie brać insulinę oraz kontrolować poziom cukru. Poza tym poprzez rozwijanie siły ego, osoba chora może wykonywać większość zadań przynależnych w pełni zdrowym osobom, uprawiać sporty, podróżować, pracować. Jeśli jednak fakt tej choroby negatywnie wpływa na jego oczekiwanie co do swoich życiowych umiejętności, osoba chora pozwoli na ekspansję tej choroby i całkowite rozporządzanie przez nią swoim życiem. Podobnie sprawa ma się w chorobach psychicznych, ze schizofrenią włącznie. Jeśli chory będzie zaprzeczał chorobie, lub uważał, że nie ma na nią wpływu i już, wtedy ona może spokojnie rozwijać się w człowieku, opanowując kolejne segmenty jego życia. Jeśli jednak traktuje się ją jak uciążliwość, z którą trzeba żyć a nie jej zaprzeczać, można doprowadzić, że będzie ona marginalną uciążliwością, polegającą na kontrolowaniu leków, dbaniem o higienę psychiczną poprzez terapię. Celem prowadzonej przeze mnie terapii wzorowanej na podejściu eksternalizacji objawu Michaela White’a jest takie oddziaływanie na objawy, aby poszerzać sferę własnej sprawczości a ograniczać zakres oddziaływania objawów chorobowych. Jest to podejście w linii prostej odnoszące się do odpowiedzi na pytania ile jest człowieka w człowieku a ile jest choroby? Wynika to z konstatacji, podczas pewnego wydarzenia społeczno zawodowego w jakim brałem udział. Kiedy byłem początkującym psychologiem, podczas uroczystości otwarcia Fountainhouse’ u pewna duńska psychiatra akurat miała urodziny. Na urodzinach był ma się rozumieć, tort, życzenia itd., ale ponieważ była to doświadczona psychiatra zapytała pacjentów, żeby przedstawili się i powiedzieli coś o sobie. Większość pacjentów byli to tzw. chroniczni pacjenci z pobytami wielokrotnymi w szpitalu, mocno widocznymi objawami polekowymi. Większość z nich nie powiedziała nic poza imieniem i określeniem, że jestem schizofrenikiem, lub mam depresję. Po pewnym czasie zapoznając się z pracami White’a zauważyłem, że dochodzi u takich osób, na skutek najprawdopodobniej choroby, do wykształcenia się tożsamości chorego, która opanowuje kolejne sfery woli człowieka. Osoba staje się pacjentem, schizofrenikiem, anorektyczką, depresantem, a jej wola, marzenia i plany gdzieś ulatują. Tak jak w słynnym powiedzeniu, że „wojna zmienia wszystko”, tak też wiele prawdy jest, że choroba też zmienia wszystko. Owe objawy negatywne, a wiec wycofanie, brak zdecydowania i woli typowe dla chorób psychicznych wynikają z załamania linii życiowej na skutek choroby, która sądzić z opisów klinicznych pacjentów, czyni ich świat niezrozumiałym i mało sensownym.

Tożsamość chorego i obowiązki jakie z tego tytułu płyną (branie leków, podporządkowanie społeczne, bycie pacjentem), staje się formą dominującej narracji życiowej. Praca terapeutyczna natomiast idzie w kierunku uczynienia znów świata zrozumiałym, poprzez akceptację faktu chorowania, ale jednocześnie oddziaływania na plany, sprawczość własną w otoczeniu. Chory poprzez rozmowę psychoedukacyjną uświadamia sobie, że leki to nie wszystko. Praktyka i badania mówią jasno, że leki działają tylko na objawy pozytywne (urojenia) a nie negatywne (wycofanie, ambiwalencja emocjonalna), bo na te oddziałuje tylko terapia i własna aktywność, a więc kształtowanie silnej woli do działania. Należy też nakreślić stan w jakim się znajduje chory i jaki chce osiągnąć. Jeśli uważa, że obecnie jest go w samym sobie 10 % a 90 % stanowi choroba, to jest to punkt wyjścia do pracy nad odwróceniem tej tendencji. Tendencji, ponieważ brak leczenia sprawia, ze choroba ma skłonność do ekspansji do postaci choroby, którą w klasycznej psychiatrii nazywa się ubytkami schizofrenicznymi. Do tego żeby proces odwracania móc przeprowadzić, musimy mieć jednak sojusz terapeutyczny z pacjentem i chociaż z tymi 10 procentami jego samego, z którym możemy prowadzić ożywczy dialog.

Marcin Golański

Jacek Lech i Marcin Golański zapraszają na audycję „Bednarska na kłopoty” 6 marca o godzinie 20:10.